Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zdarzyło się. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zdarzyło się. Pokaż wszystkie posty

środa, maja 28

W minioną sobotę wziąłem wraz kolegami udział w eliminacjach do Wielkiego Wyścigu Butelkowego. Jest to coroczny wyścig odbywający się podczas wodnego festiwalu "Ster na Bydgoszcz". Ideą tego wyścigu jest popłynięcie na własnoręcznie zbudowanej łodzi z butelek PET. Wyścig ten łączy promocję ekologii i sportów wodnych, jednocześnie promując wizerunek naszego miasta jako miasta leżącego nad rzeką.

Nasz start wziął się z czystego przypadku. We wcześniejszym terminie zgłoszonych zostało 12 ekip. Brakowało tej szczęśliwej, trzynastej ekipy. Mój przyjaciel, który jest synem jednego z czynnych uczestników tego wyścigu, zaproponował mi wspólny start. Wstawiliśmy się więc na eliminacje wyścigu butelkowego, to znaczy stawiliśmy, bo na butelkach pływaliśmy, a nie je opróżnialiśmy ;)

Pierwszy raz pływaliśmy na takiej ekologicznej łódce i nasz udział w wyścigu skończył się na rozśmieszaniu publiczności. Tak jak jeszcze w pierwszym biegu mieliśmy niezły czas 1 m 50 s, który był tylko o 2 sekundy gorszy od czasu zwycięskiego, to już w drugim biegu udowodniliśmy, że bardziej nadajemy się na komików niż na osadę wioślarską :). Zamiast płynąć prosto do mety postanowiliśmy kręcić się w kółko i omijać niewidoczne przeszkody kręcąc piękne ósemki. Do mety dopłynęliśmy już tylko i wyłącznie po to, żeby wreszcie przestano nam liczyć czas.

Pomimo porażki bawiliśmy się znakomicie i postanowiliśmy, że za rok zgłosimy się do wyścigu z własną łodzią. Szczególne gratulacje należą się wygranej osadzie, której kapitan załogę zwerbował w barze funkcjonującym podczas festiwalu na Wyspie Młyńskiej. W wyścigu głównym będzie płynął łódką nazwaną na cześć swojego zmarłego synka. Tym bardziej nie mieliśmy więc żalu, że przegraliśmy i na pewno stawimy się 15 czerwca by im kibicować!

Poniżej trochę zdjęć wykonanych przez Sławka Piotrowskiego.




Oczywiście kiedy poczułem wodę to musiałem do niej wskoczyć. Dżadżo dał się namówić i popływaliśmy trochę w Brdzie. 



 Zwycięska osada!


Dumni zwycięzcy zwerbowani w tawernie.





czwartek, listopada 28

Nadrabiając trochę zaległości, bo dawno mnie tu nie było podzielę się zdjęciami z wystawy "Spacery Podróżne". Był to wspólny projekt z moim kolegą Jakubem Burittą.

Od pewnego czasu eksperymentujemy z fotografią otworkową. Jest to technika pozwalająca stworzyć aparat z dowolnego szczelnie zamkniętego pudełka do którego światło dostaje się przez malutką dziurkę nie większą niż taką powstałą po ukłuciu igły. 

Kuba wpadł na pomysł, żeby zrobić camerę obscurę (bo tak się to fachowo nazywa) ze starej walizki dziadka. Do środka wsadził papier fotograficzny z bydgoskiego Fotonu, o rozmiarze 50x30 cm.
Zrobiliśmy w ten sposób panoramę Wisły z mostu fordońskiego. 
Zdjęcie wyszło przeciętnie bo walizka była mało szczelna i na jakiś czas o nim zapomnieliśmy.

Taki stan utrzymywał się do momentu kiedy Patrycja Jankowska zaproponowała nam wystawę w klubokawiarni 1138. Od razu przypomniałem sobie o walizce i zapaliłem się do działania.
Zupełnym fartem weszliśmy w posiadanie porządnej plastikowej walizki podróżnej. Kuba stworzył "obiektyw" czyli metalową blaszkę z dziurką i zamontował ją w przedniej ściance naszego aparatu.
Ja wymalowałem ją od środka czarnym sprejem i zamontowałem w niej papier.

Na wystawie pokazaliśmy 10 ujęć Bydgoszczy. Są to miejsca, w których potencjalnie zatrzymałby się podróżny w naszym mieście. Zadaliśmy sobie pytanie co opowiedziałby nasz bagaż, gdyby mógł rejestrować miejsca w których się znalazł. Te zdjęcia są na nie odpowiedzią.











niedziela, października 20

Trochę zdjęć z Mistrzostw Polski w Speedrowerze - Bydgoszcz, tor BTS "Speedrower" przy ulicy Wiszniewskiego.













sobota, września 14

Fordon do 1973 roku był samodzielnym miastem leżącym nad Wisłą. Niestety dużo większa Bydgoszcz upomniała się o te malowniczo położone miasteczko i wcieliła je w swoje granice. Od tego czasu wybudowano tutaj wielką noclegownię dla 70 tysięcy ludzi i nic po za tym. Jest wprawdzie uniwersytet i kilka kebabów pomieszanych ze sklepami, ale miejsca na to by się spotkać ze znajomymi w długie wieczory brak. Do kina musimy jechać z przesiadkami, w pubach dostać można w zęby, a na dobrą kawę czy kolację możecie co najwyżej wpaść do mnie.

A wiecie moi mili, że przed wojną było tutaj 11 restauracji? Plaża i kąpielisko? Wiecie, że w zgodzie mieszkali tutaj Niemcy, Polacy i Żydzi? Działały liczne zakłady produkcyjne, w których sporo pracowników było z Bydgoszczy, a Fordon był pięknym miasteczkiem niczym Kazimierz Dolny, tyle że na północy?

Niestety z dawnej świetności zostały rozpadające się domki, walące ceglane mury i kałuże w brukowanych uliczkach. Teraz nikt się tutaj nie zapuszcza, a miasto podatki fordoniaków inwestuje na inne, odległe nam cele. Szkoda bo te miejsce ma potencjał, można by tu przecież zrobić bulwar nad Wisłą, postawić kawiarenki, wyremontować elewacje i ściągnąć ludzi, żeby w spokoju odpoczywali od zgiełku miasta.

Dziś martwy z reguły fordoński rynek odwiedzili kuglarze, historycy i artyści. W kościele św. Mikołaja można było posłuchać historii Wyszogrodu, Fordonu i pogranicza. W starej synagodze, którą mozolnie próbuje wyremontować fundacja Yakiza odbyły się warsztaty fotograficzne. Na jej murach można było obejrzeć reprodukcje obrazów Leona Wyczółkowskiego i instalację Natalii Wiśniewskiej pt. "Przepraszam".
Na rynku za to odbyły się koncerty, a dzieci mimo złej pogody goniły bańki mydlane puszczane przez ulicznych artystów.

Ilość ludzi, którzy stawili się by wziąć udział w atrakcjach zorganizowanych przy okazji Fordońskiej Nocy Sztuki, niezbicie świadczy, że Fordon potrzebuje takich imprez. Chcemy by coś się działo.
Bo przecież jakie to fajne, kiedy nie muszę jechać 40 minut, a mieszkam na Przylesiu czyli najbliżej miasta, żeby dostać się na stary rynek. Wystarczyło 10 minut rowerem i już byłem na naszym fordońskim starym rynku.


Muszę wspomnieć jeszcze o duchu jaki unosi się w starej synagodze. Byłem tam pierwszy raz, do tej pory oglądałem tylko jak postępuje remont elewacji. W środku okazuje się, że jest to naprawdę spory budynek. Palące się świeczki na menorze ustawionej w centrum głównego pomieszczenia przypominają jaka była pierwotna funkcja tego miejsca. Za to na wejściu dalej stoi barierka prowadząca obok kasy biletowej istniejącego tu od czasu wojny kina. Jaki to kontrast. Niemcy w czasie wojny i Polacy po wojnie mieli tu kino. A przed wojną pokolenia Żydów przychodziło się tutaj modlić. Szkoda, że już nie ma u nas tej wielokulturowości. 

Świetnym uzupełnieniem całości jest instalacja  Natalii Wiśniewskiej o której już wspomniałem. Cisza jaka tam, w synagodze, panuje nadaje nostalgicznego klimatu Fordonu, miasta którego już nie ma.















czwartek, sierpnia 22

Jestem ostatnio trochę do tyłu z publikowaniem postów. Ciągle nie zdałem relacji z wycieczki wzdłuż Wisły do Płocka. Czekają na publikację zdjęcia z wizyty Sesilusa, czyli projektu warszawskich artystów podróżujących po polskich rzekach wynajętymi barkami. Chciałoby się również pokazać zdjęcia z trasy rowerowej R-10. Wycieczki starej bo z maja, ale zdjęcia mają swoją wartość.

Teraz jednak muszę podzielić się wrażeniami z koncertu jaki odbył się w miniony wtorek na narodowym w Warszawie. Mało kto nie słyszał o The Wall. Każdy kto choć raz przesłuchał ten album bądź też widział film, wie jak potężny ładunek emocjonalny zawiera. Zanim jednak opiszę sam koncert opiszę moją wycieczkę po stolicy, która niespodziewanie odbyła się na rowerze. No bo jakżeby inaczej?

"Veturilo"

Do Warszawy pojechałem wraz z moim znajomym z Chełmna (który na tym blogu gościł już przy okazji wycieczki z Terespolu Pomorskiego do Tlenia i jest autorem zdjęć, które się pojawią). Planowaliśmy po przyjeździe szybką podróż metrem na krakowskie przedmieście i wizytę u jego kuzyna. Traf chciał, że stolica zafundowała sobie drugą linię metra w związku z czym, musieliśmy opuścić kolejkę szybciej niż było to zaplanowane.

Pierwsze na co się natknęliśmy to wypożyczalnia Veturilo. Od razu zapałaliśmy żądzą wypróbowania miejskich rowerów. Poszliśmy więc na kawę do miejsca, którego nazwy z grzeczności nie wypowiem i korzystając z darmowego internetu założyliśmy sobie konta pozwalające na wypożyczenie jednośladów.

Samo wypożyczenie, sprawiło nam trochę problemów, ale tak to jest jak się przyjedzie z prowincji do stolicy ;) Za to radość jaką sprawiło nam zwiedzanie tego monumentalnego w porównaniu do Bydgoszczy czy Chełmna miasta jest nie do opisania.

Rowerki mimo 26 calowych kół okazały się naprawdę szybkie i po raz kolejny potwierdziła się prawda, że najlepiej zwiedza się z siodełka. Wypożyczenie jest naprawdę tanie i warto rozważyć tą opcję bo to wygodniejsze niż przywiezienie swojego roweru i lepsze niż podróżowanie zatłoczonymi ulicami, bo przecież na całą Polskę słynne są warszawskie korki.

O dziwo, pomimo nielicznych ścieżek rowerowych mało kto jeździ tam ulicami. Większość napotkanych rowerzystów i rowerzystek (których jest zdecydowanie więcej niż w bdg) jeździ chodnikami. Podobno Policja się nie czepia, ale trudno się dziwić jeśli chodniki potrafią być tak szerokie jak jezdnia.

Sporo jest też stacji w których można zostawić rowery. Gorzej jest z ilością rowerów w tych stacjach. Sami musieliśmy przejść z buta około 500 m by znaleźć dwa sprawne rowery. Piszę sprawne gdyż często można natrafić na jednoślady z defektem (mój miał zwichrowane koło).


Jak się okazało pod stadionem, rowerami jeżdżą głównie Warszawiacy, a nie przyjezdni. Jak zdążyłem się przekonać w tak krótkim czasie jest to po prostu wygodniejsze niż wyprawa z własnym rowerem na miasto. Możemy go (Veturilo) zostawić i zapomnieć, pójść na imprezę, skorzystać kiedy ucieknie nam autobus, albo kiedy znajomi siedzą kilka ulic dalej i trzeba do nich szybko dotrzeć, lub gdy mamy po prostu ochotę się przejechać bo wyszło nagle słońce.

Jak się później okazało, wycieczka ta z której zapamiętałem głównie mozaikę złożoną ze starych kamienic i pałaców przemieszanych z brutalnym socrealizmem miała mieć duże znaczenie podczas koncertu.
Wszędzie w Warszawie czuć historię XX wieku. Totalitaryzmy zostawiły swoje niezmywalne piętno nad tym miastem i cały czas miałem w głowie znaki Polski Walczącej.

"The Wall"

Koncert rozpoczął się z lekkim opóźnieniem. Wynikało to pewnie z faktu, że sporo osób wciąż stało w kolejkach na stadion kiedy wybiła godzina 20. Pozwoliło mi to nacieszyć oko tym gigantycznym stadionem, poczułem też klimat wielkiego widowiska.

Ciarki, które mnie przeszły przy pierwszych dźwiękach The Wall, czuję jeszcze teraz kiedy o tym piszę.
Siedzieliśmy na górnej trybunie na wprost sceny. Mieliśmy więc całą scenę jak na talerzu. Dało nam to dobry widok na wszystkie wizualizacje jakie wyświetlano na białym murze, będącym nieodłącznym elementem dekoracji tej Rock Opery.

Już od początku koncertu byliśmy świadkiem manifestu wolności, przemówił do nas sam Spartakus i głosy setek niewolników, którym dał nadzieję na zrzucenie kajdan. Stadion Narodowy z jego pofalowanym dachem przypominał wtedy rzymską arenę.
Zamurowało mnie to do tego stopnia, że siedziałem jak oniemiały wiedząc już, że jestem częścią czegoś ważnego. Po chwili rozległy się dźwięki "In the flesh", show się zaczynał. Kiedy już Waters kazał na nas zrzucić bomby koncert zaczął się na dobre, a ja mało nie wyskoczyłem z krzesełka.

Na ekranie wyświetlały się zdjęcia i nazwiska poległych żołnierzy, aktywistów i wreszcie dzieci. Wszyscy oni stracili życie w takich konfliktach jak wojna w Iraku czy w Afganistanie, atakach bombowych w metrze czy w strefie Gazy podczas Izraelskich ostrzałów.

The Wall został napisany jako protest przeciwko wojnom. Ojciec Rogera Watersa zginął pod Anzio, a jego ciała nigdy nie znaleziono. Dlatego w pierwszych utworach sporo jest nadziei, że może on wróci do domu. Mały Pink (główna postać opery) jest wychowywany samotnie przez matkę, a brak ojca skutkuje izolacją i doprowadza do budowania tytułowego "muru".

Targały mną różne emocje podczas tego koncertu, łzy wzruszenia kiedy słyszałem utwór Mother, czy radość i szał zdartego gardła krzyczącego, że nie potrzebna jest nam edukacja.
Szczególnie poruszył mnie utwór Goodbye Blue Sky.

"Did you see the frightened ones?
Did you hear the falling bombs?

Did you ever wonder why we had to run for shelter
When the promise of a brave new world
Unfurled beneath a clear blue sky?"

Wtedy właśnie myślałem o tym jak zawrotna jest historia. Jeszcze 69 lat temu w tym mieście ginęli ludzie tacy jak ja, walczący z okupantem w powstaniu, które nie miało szans na wygraną, a dziś byliśmy uczestnikami manifestu wolności i chęci życia w świecie bez przemocy.
Kiedy po niebie leciały bombowce zrzucające jak bomby symbole kapitalizmu i religii takich jak chrześcijanizm, islam czy judaizm, miałem przed oczami akty terroru, izraelski apartheid wobec Palestyńczyków, czy zakłamanie naszego kościoła.

Wszędzie na murach Warszawy widać ślady po wojnie czy komunie. Teraz żyjemy w kapitalizmie, któremu podczas koncertu też się oberwało. Całe szczęście, że mamy też normalne nasze małe życie, którym możemy się cieszyć. To właśnie dla tych, którzy go nie mają jest stworzony ten koncert i dla nas, ku przestrodze.

"All in all it's just another brick in the wall. All in all you're just another brick in the wall."

Tak się czułem następnego dnia, po prostu kolejną cegiełką w murze. Świat wydawał mi się błahy i wszystko było tak mało ważne. Wkurzona na mnie szefowa, że wolę wziąć wolny dzień niż gnić w pracy. Kanary w autobusie musiały poczekać bo zapomniałem gdzie wsadziłem bilet. Nawet poranną wycieczkę rowerem na drugi koniec Warszawy prawie przypłaciłem spóźnieniem na autobus do Bydgoszczy.
Jak bardzo to wszystko nie miało znaczenia.


Cieszę się, że tam byłem. Doznałem takiego potężnego szoku i dostałem ostrego kopniaka. Ostatni raz chyba tak wstrząśnięty byłem kiedy obejrzałem w kinie Czas Apokalipsy Coppoli.

"There is no pain, you are receding. 
A distant ship's smoke on the horizon. 

You are only coming through in waves. 
Your lips move but I can't hear what you're sayin'. 
When I was a child I had a fever. 
My hands felt just like two balloons. 
Now I got that feeling once again. 
I can't explain, you would not understand. 
This is not how I am. 
I have become comfortably numb."



Autorem zdjęć jest Maciej Szuszczykiewicz. Teksty piosenek napisał Roger Waters. Post napisałem ja.





wtorek, lipca 16

Wielu z nas marzy o wielkiej podróży, ale prawie każdego coś blokuje i nigdy w nią nie wyruszy. Dom, praca rodzina i inne podobne hamulce sprawiają, że tylko dusimy się w środku i żyjemy jak "trzeba". Są jednak ludzie, którym udaje się wyrwać i dokonać tego o czym marzą.

Poznałem ostatnio Kasię i Radka, którzy starą rikszą wyruszyli z Krakowa nad morze wzdłuż Wisły. Załadowali rower bagażami i w ten niecodzienny, ale bardzo wygodny sposób przemierzają Polskę.

Z dawnej stolicy kraju wyjechali 2 lipca, a ja ich spotkałem 12 lipca pod Ciechocinkiem. Mieli tego dnia dojechać do Torunia. Jak wynika z marszruty, wypisanej na białej kartce przypiętej do roweru, zamierzają dotrzeć min. na Woodstock do Kostrzyna. Mocno im kibicuję i trochę zazdroszczę takiej podróży.








sobota, maja 18

Ostatni tydzień zdecydowanie należał do bydgoskich żaków. Od poniedziałku można było spotkać na skrzyżowaniach kolorowo poprzebieranych studentów zbierających na juwenaliowe szaleństwa.


Oprócz hucznych imprez muzycznych odbył się również festiwal sztuki ulicznej "UlicArt".
W kilku miejscach miasta różne grupy artystów promowały swoją działalność. Ja spotkałem grupę malującą dekoracje na open air imprezy transowe. 
Niezwykle kolorowa grupa rozłożyła się w Parku Kazimierza Wielkiego przy Jedynce. Malującym towarzyszyli dj'e, a sama akcja wzbudziła zainteresowanie licznych spacerowiczów z parku.

Organizatorem tej części festiwalu był Piotr "Trietiak" Karcz, który jest studentem kulturoznawstwa WSG.





















 
© 2012. Design by Main-Blogger - Blogger Template and Blogging Stuff